29 września 2015

Koniec

Jutro koniec miesiąca, dziś zamknęłam już ten miesiąc w firmie, a jutro muszę zamknąć w naszej. Nie lubię końca miesiąca, papierkowych tematów, wszystkich rozliczeń, zwrotów, aj!
Ale na szczęście jest on tylko raz w miesiącu :D Więc da się przeżyć. A teraz jeszcze jest nie małe z tym zamieszanie, bo Księgowość wprowadziła zmiany wczoraj i poprawiać trzeba było wszystko, by się zgadzało.

Siostra w Polsce od niedzieli, ale ja nawet się z nią nie zobaczyłam, wcale mi nie jest z Tym dobrze, ale stwierdziłam, że nie ma co stawać na głowie, bo i tak to nic nie da. Jutro się miniemy, bo ja jadę z mężem do domu rodzinnego, a ona do domu męża. Ale już nie wnikam w to wszystko. W każdym bądź razie zaprosiłam ich na czwartek na obiad. Zobaczymy czy skorzystają, bo coś czuję, że podwójne macierzyństwo siostrę trochę zmieniło ;-) No ale nie wyprzedzam faktów, zobaczymy. Dzieci na pewno mi na chwilę zostawi - ok. 4 godziny, a więc może chociaż nimi się trochę nacieszę skoro siostrą nie mogę. ;)

Dziś w sumie ciężki dzień za mną. Mnóstwo pracy, ale najważniejsze, jest to, że mogę odetchnąć. Wykonałam założony cel przez szefa na ten miesiąc o kilkadziesiąt pozycji. Myślę, że będzie ze mnie dumny, co zaowocuje wyższą pensją na moim koncie w najbliższych dniach. Nie mogę się doczekać i liczę na to, że się nie rozczaruję!

Niedawno mieliśmy mały maraton znajomych, ale dobrze, ze już po, bo przyznam, że codzienne przygotowywanie przekąsek, sałatki, mimo, że nie było mocno wymagające i w między czasie robiłam milion innych rzeczy łącznie z prasowaniem to wymęczyło mnie. Lubię porządek w domu, wtedy czuję się zrelaksowana, jak panuje pewien ład, który sobie ustalam gdzieś w głowie.

Wczoraj ten ład, porządek i wszystko inne zostało zburzone. Tuż po godzinie 8 rano zapukał do nas "fachowiec od gazu" i zamontował nam jeszcze grzejniki, a dokładnie dołożył do grzejników po 5 sztuk żeberek i dodatkowo wykonał instalację  grzejnika w łazience. W końcu się doczekaliśmy tej chwili, że nasza łazienka posiada grzejnik, co da nam znaczny komfort używania tej łazienki zimą. Walczyliśmy o to pełny rok z właścicielką. W końcu się udało co mnie bardzo cieszy. Jednak wiercenie w ścianie, spawanie rurek i inne cuda sprawiły, że mam w domu syf. Tak, lepiej tego nie można nazwać. Przed godziną 19 pożegnał mąż Pana i odetchnął z ulgą, że nie musi już siedzieć na kanapie, bo sie nudził ;-) A ja nie zgodziłam się na to, by zostawić go samego w mieszkaniu na cały dzień ;D

Szkoda mi trochę właścicielki, że znów musiała wkładać gotówkę w fachowca, ale to wina tylko i wyłącznie jej, bo przecież w listopadzie firma oddała to mieszkanie do użytku i od początku, ba! gdy nawet remont nie był zakończony zgłaszaliśmy że nie ma grzejnika w łazience. A przecież powinno to być najcieplejsze pomieszczenie w domu. Ale najważniejsze, że już jest, jednak ona jest biedniejsza o ponad tysiaka. A mogła to mieć przecież zrobione w kosztach tamtego remontu.

Dziś już została zakupiona farba olejna i zajmiemy się chyba łazienką pierwsze, bo pomalujemy rurki jutro rano i wyjdziemy z domu, a wszystko wyschnie pod naszą nieobecność. Wczoraj nie miałam sił już nawet sprzątać. Pościerałam z grubsza to co mnie raziło w oczy i w łóżku wylądowałam po godzinie 22, co do mnie nie podobne. Ale.. raz nie zawsze!

Teraz dopijam zimną już kawę i lecę posprzątać w moim punkcie,liczę, że już nikt nie zjawi się  mnie do 20 ;D W końcu mam czas podnieść z parapetu gazetę, którą przyniosłam wczoraj i czytać. Chwilo trwaj do 20! :D

24 września 2015

Zbiegani, zalatani ;-)

Ostatnimi czasy jesteśmy bardzo zajęci, może zabiegani to za duże słowo i w sumie nie pasuje do sytuacji, ale prawdą jest, że nie mamy czasu dla siebie za wiele. Jak nie praca to spotkania towarzyskie i tak ostatnie dni to dzień w dzień coś, często do późnych godzin nocnych, a następnego dnia trzeba wstać do pracy. Później w pracy ciężko jest przetrwać 12 godzin po ledwie przespanej nocy i tak zmęczenie się kumuluje.
Nie zanosi się na nic lepszego przez kolejne 3 tygodnie, bo przyjeżdżają siostry na urlop, pierwsze jedna, a w międzyczasie druga na chwilę. Nie mogę się doczekać aż usiądziemy wszyscy przy jednym stole. Do tej pory nie zdarzało się, że mieli w tym samym czasie urlopy, ten jest ich pierwszy wspólny od hm.. 3-4 lat ;-) Także będę mogła je zobaczyć, nacieszyć się nimi wspólnie. Chyba nie muszę wspominać o tym, że się cieszę? Oczywiście nie ma tak dobrze i kiedy to oni mają urlopy ja  będę siedzieć w pracy, ale tak czy siak mam nadzieję, ze uda się nam kilka razy zobaczyć.

W czasie ich obecności będzie chrzest najmłodszego członka rodziny, dziewczynki, której będę miała zaszczyt być Mamą Chrzestną. To już po raz drugi, na 3 dzieci, którzy ma moje rodzeństwo, a więc tym bardziej czuję się doceniona, że to znów mnie dosięgnie to wyróżnienie.

To, że dzieci kocham wiedzą wszyscy nie od dziś. Staram się im dawać siebie, a nie drogie prezenty. Obecność dla dziecka jest cenniejsza - tak mi się osobiście wydaje. Zamiast wydać 100 zł na zabawkę, która będzie leżeć długo i bez celu w kącie wolę wybrać się z dzieckiem na plac zabaw, zabrać do zoo, pokazać coś, pokazać po prostu trochę świata. To lepsze - takie jest moje zdanie ;-)

Wspomnienia - to je możemy budować od najmłodszych lat. Ja posiadam kilka swoich, gdy spędzałam czas z moją chrzestną. Teraz nasze kontakty są słabsze, odległość, brak czasu, ale wciąż jesteśmy sobie bliskie i mamy wspólnych wspomnień mnóstwo ;-)

Przebrnęłam wczoraj przez spotkanie, którego się bardzo obawiałam, miałam ścisk brzucha, naprawdę! Ale nie było źle, a świadczyć o tym może godzina, kiedy to opuścili nasze mieszkanie (2! aa!). A więc chyba jeśli się nic nie zmieni będzie można powoli, powoli się przekonywać do towarzystwa. O ile nic im nie wpadnie głupiego do głowy ;-) Kredyt zaufania z ich strony został nadszarpnięty, teraz może jakoś powoli uda się to odbudować. Nie chcę pamiętam o tym co złe, rozpamiętywać.

Co prawda ten weekend mamy wolny, ale mamy ręce pełne roboty w firmie. Jednak już lepiej, bo razem, a w ekipie zawsze czas przyjemniej leci i szybciej praca idzie. Może uda się jeszcze w sobotę zaprosić do siebie Teściową? Kto wie, może skorzysta z zaproszenia, bo Teść nagle postanowił ją opuścić na kilka dni. Moim zdaniem nie jest to dobre zagranie z jego strony. Ale to ich życie, ja postaram się jakoś zająć jej głowę, choć na chwilę, by nie poczuła się kompletnie opuszczona. Ja bym się tak poczuła.

Wiecie co? Zawsze byłam mega zawzięta, długo chowam urazę do kogoś, kto mnie zrani. A w ostatnim czasie postanowiłam odpuścić, nie denerwować się tym co nieprzyjemne, nie dokładać w swojej głowie historii i nie myśleć do przodu jak to może coś być złe, niewypałem itp. i.. jest mi lepiej. Ludzie wydają się nagle być bardziej życzliwi, więcej komplementów słyszę, więcej się uśmiecham i mąż to nawet zauważył że jest ze mną lepiej i nie bucha mi para z uszu na niektóre nazwiska. :D
 Warto czasem odpuścić, starać się wymazać z pamięci to co złe, dać kolejną szansę osobie, która być może na to zasługuje? Gdybym nie dawała ich nie przekonałabym się o tym. Wiem jedno, chcę to zmienić. Nawet tym najbardziej zawistnym często miękną serca, kiedy ja do nich podchodzę z uśmiechem, dobrym słowem. Naprawdę, to działa ;-)

Chyba robię się dobrym człowiekiem po całości! :D
Bo skromna to jestem całe życie ;D:D:D





19 września 2015

Za dobra egoistka

Weekend ten spędzam w pracy. Może to i dobrze. Mam trochę czasu na myślenie, na wyłączenie się z wszystkiego i przemyślanie pewnych spraw na sucho, na trzeźwo. Ogólnie, nie, nic się nie stało, nic się nie dzieje. Ale chyba co jakiś czas w swoim życiu robię sobie analizę.. swoją analizę i widzę co robię źle, co powinnam zmienić, nad czym popracować, a co się udało osiągnąć.

Mam żal, sama do siebie, że mam tak mało czasu dla siebie. Mało takich chwil, zatraciłam się w tym wszystkim, a ja potrzebuję czasem egoistycznie o sobie pomyśleć, choć na chwilę. Fajną jestem chyba córką, dobrą siostrą, super żoną, a jaka jestem sama dla siebie? Zawsze mocno wymagająca. Dużo biorę na siebie i do siebie, a później od nadmiaru tego wszystkiego nie potrafię sobie poradzić. Mam nadzieję, że niedługo to się zmieni.. że będę bardziej odporna na krzywdy tego świata.


Mi za bardzo szkoda ludzi, każdemu chciałabym jakoś pomóc. By było komuś lżej. Tak cały ten tydzień i następny postanowiliśmy pomóc dziadkowi. Babcia nie powinna już zostawać sama w domu, pamięć nie ta, może otworzyć drzwi każdemu, a i lepiej być na posterunku, by nie zrobiła nic co mogło by jej życiu zagrażać, a ma różne pomysły. Zawsze dziadzio z nią był, całe dnie i noce. Do sklepu biega z językiem na brodzie, a sam przecież nie jest najmłodszy, też chciałby mieć chwilę odpoczynku. Narzeka na zdrowie, a zawsze odkładał siebie na 2 plan, bo nie było kiedy iść na jakąś rehabilitacje nawet. Ale powiedziałam dość! Przecież można być przez chwilę egoistą. Sama wiem jak tego potrzeba. Powiedziałam więc, że stanę na głowie, ale 2 tygodnie dzień w dzień są dla niego, może wyjść z domu sobie na tą rehabilitację, pospacerować, nabrać dobrze w płuca świeżego powietrza. Należy się! I tak tydzień już za nami zmian u babci. 3 godziny zawsze możemy jakoś zorganizować. Jednego dnia nie mogliśmy to córka poszła, można? Można! Trzeba chcieć.

Dziadek jest nam wdzięczny za okazaną pomoc, a ja widzę, że odżył. Więcej się uśmiecha, widać, że znów zaczęło go cieszyć to życie. Może wyjść z kimś zamienić zdań kilka, uśmiechnąć się do masażysty, porozmawiać, czy nawet ponarzekać. Ktoś go wysłucha. A ja kiedy słyszę słowo "dziękuję" i widzę mokre oczy sama jestem wzruszona. Że tak niewiele czasem do szczęścia potrzeba.

Odwiedziliśmy też drugich męża dziadków. Kolejne ciężkie rozmowy dla nich, łzy w oczach. Martwią się, to jasne. Nie mają z kim porozmawiać. A ja mam to do siebie, że często "otwieram" ludzi, zaczynają mówić co ich gryzie, chcą się wygadać. Wygadali się, pomogłam na tyle ile mogłam, obiecałam, że zrobię co w mojej mocy i zakończę i tą misję sukcesem. Ich też nie mogę zawieźć, bo wiem, że liczą na mnie. Wierzą we mnie. Mąż też. Dziękują mi już, chociaż tak na prawdę jeszcze nie wiem, czy się wszystko uda. Mówią, że cieszą się, że jestem w ich rodzinie. To mocno mnie dowartościowuje, naprawdę. Tylko czy ja jestem w stanie to wszystko pokonać, ogarnąć tematy związane tak na prawdę z rodziną męża, owszem teraz to już moja też, dostałam w spadku ją ponad rok temu. Ale czasem się boję, by ktoś nie odebrał tego źle. Chociaż pewnie i tacy się znajdą jak się poszuka.

Kolejny tydzień mam trochę wolniejszy w pracy, a więc co za tym idzie będą spotkania. W końcu długo wyczekiwane przeze mnie i nią spotkanie z przyjaciółką. Matko, jak mi brakuje tych naszych spontanicznych spotkań, kiedy to wsiadaliśmy w samochód, czy to jedna czy druga i jechaliśmy do siebie. Teraz zgrać jest się nam ciężko, ja pracuje, ona pracuje, maż pracuje i żeby było dla każdej stron wygodnie trzeba się nagimnastykować. Na samą myśl mam uśmiech na twarzy i przebieram nogami z niecierpliwością ;-) Ale żeby nie było, że nie będziemy produktywne.. będziemy robić projekt kuchni, naszej kuchni, mojego królestwa :D

Zaplanowane tez mamy odwiedziny u mnie w domu, pojechanie na działkę, zabrania już z niej niepotrzebnych sprzętów z tamtego garażu, bez sensu, by tam zimowało.
Planuję też odwiedzić dentystę, spotkać się z bratem i żoną męża. o chyba najtrudniejsze co mnie czeka w przyszłym tygodniu i na samą myśl mam uścisk w brzuchu.

Ale to jest jedna z rzeczy którą chcę zmienić. Chce naprawić kontakty braci, chce by mieli w sobie oparcie takie, jakie ja mam w siostrach, mimo, że ich przeciez nie widzę częściej niż dwa razy w roku. Jak będzie nie wiem, ale wyciągam rękę. To juz od nich zależy czy skorzystają i w końcu zakończą bezsensowną grę.

A dziś? Dziś będę idealną egoistką. Tuż po godzinie 20 zamknę drzwi w pracy, wsiądę do samochodu, wejdę do domu, włączę głośną muzykę, odkręcę gorącą wodę i będę sama dla siebie. Będę siedzieć godzinę pod prysznicem i zmywać zmęczenie, później naleję sobie szklankę wody, będę udawać, że w środku mam pyszne, musujące wino i po prostu będę... będę robić NIC. Mąż w pracy, dzisiejszy wieczór mój.

A teraz zejdźmy na ziemię. Scenariusz owszem, pewnie się spełni. Tylko nie będę robić nic, będę tęsknić za mężem i czekać na 7 rano, aż wróci do mnie, czule szepnie do ucha, mocno przytuli i zrobi mi pyszną kanapkę do pracy, odwiezie mnie do niej..  i kolejny dzień, tydzień ruszy, zatrzymam się pewnie dopiero znów jak opadnę z sił, za tydzień, może dwa. I zapytam siebie po co mi to wszystko, czemu nie odpocznę, czemu nie pomyślę o sobie i nie będę egoistką.

Chyba już nie potrafię?

17 września 2015

Domek - dach zakończony. ;-)

Dach zostań skończony, położony jak należy. Za wszystko już jest zapłacone, a więc możemy odetchnąć, że się udało zmieścić w założonym przez nas budżecie i w sumie końcowy rachunek wyszedł o jakieś tysiąc złotych więcej niż planowaliśmy. A więc uważam to za duży sukces, bo do samej blachy dopłaciliśmy 800 zł (brakło 1 rynny, 21 arkuszy blachodachówki, 1 blacha płaska) a więc jestem zadowolona, a 200 zł to już...nasze widzimisie ;-) Otóż chcieliśmy "czapki" na komin, nie takie standardowe, takie by się fajnie prezentowały, większe ;) 

Ogólnie dom w końcu wygląda jak dom, podoba mi się to, jak się prezentuje. Wygląda teraz na duży dopiero, bo wcześniej same mury nie dawały takiego efektu. Nie mogę się doczekać, kiedy się przeprowadzimy :D

Zobaczcie jaka u nas susza, kosić trawy nie trzeba było ;-) Chociaż pewnie wszędzie tak to wygląda :P



Na chwilę obecną mieliśmy zrobić tylko ścianki działowe w środku, ale idąc za ciosem stwierdziliśmy, że skoro nasz budżet nie został mocno nadszarpnięty z rezerwy to może uda się załatwić papiery związane z przyłączem prądu i gazu. Czeka się na to trochę, ale w sumie opłaty można zrobić, wiedzieć na czym się stoi na wiosnę ;-) Takie są przynajmniej plany, a jak będzie to się okaże wszystko. Z tego co już wiemy to trochę czeka się na te wszystkie zgody (ok. 3 miesięcy) ale to zalezy kiedy sa złożone dokumenty i kiedy ogłaszany przetarg, a więc nie ma z jednej strony pośpiechu, a z drugiej lepiej mieć to wszystko z głowy. Mowa tu oczywiście o skrzynkach, podłączach na działkę, nie do domu, bo to na wiosnę faktycznie, jak już będą te ścianki działowe i będę mogła wyrysować sobie na nich kontakty i zamówić odpowiednie ekipy do prac - obie już mamy wybrane, także to będzie z głowy, na szczęście ;-) 

Powoli gorący okres się kończy, wieczory stają się dłuższe. Trzeba posprzątać na działce drzewo, które zostało, pociąć i wywieźć do palenia, resztki blachy na złom i czekać na mojego tatę, aż będzie miał wolne w pracy, by mógł nam zrobić te ścianki. 

Marzy mi się, by tam na wiosnę 2017 już tam mieszkać ;-) Warto marzyć.. ;-)) i będę! 
Dziś przyszła do mnie cyganka i mi powiedziała, że widzi, że jestem dobrym człowiekiem, czystym i przez to wszystko idzie po mojej myśli. Może i to pójdzie?;))


14 września 2015

o wszystkim, czyli o niczym ;)

Od "naszej daty" minęło już trochę czasu i niestety nie wyszło wszystko tak jak chcielibyśmy. Mąż przyjechał do mnie do pracy na kawkę i mieliśmy te ostatnie kilka godzin mojej pracy spędzić u mnie. Los niestety postanowił inaczej, przy pierwszym, może drugim łyku kawy dostaliśmy telefon ze szpitala, że Teściową przywiozło pogotowie nieprzytomną na SOR. No to niestety musiało wszystko poczekać i sprawy ważniejsze wyjść na pierwszy plan. Mąż szybko się zebrał, wziął z domu leki, które mama bierze i pojechał na oddział. Na szczęście odzyskała świadomość, a więc najgorsze było za nami, bo baliśmy, że gdyby to był np drugi udar, to mogłoby być nieciekawie. Kilka podstawowych badań, które nic nie wykazały i po 20 już odebraliśmy ją ze szpitala i odwieźliśmy do domu, a więc zamiast na kolacji, deserze i lampce wina spędziliśmy wieczór przy boku teściowej uspokajając ją, że nikt jej z pracy nie zwolni jak weźmie tydzień wolnego.

W poniedziałek została przyjęta na oddział, była tam, by dość szybko można było porobić badania, ale na wyniki czekamy.. aż wróci lekarz z urlopu, bo tylko on potrafi odczytać te wyniki. Śmiech na sali, ale co zrobić. Wstępna diagnoza jest, ale teściowej wiele się nie wytłumaczy. A ja swojego zdrowia nie będę tracić na nią.

Tak więc z pewnością zapamiętamy ten dzień, nie ma co ;-) Dobrze, że wszystko dobrze sie skończyło i w sumie na większym strachu. Jednak czy to jednorazowe, czy będzie się powtarzać? Nikt nie wie i nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie.

Wczoraj mieliśmy małe święto, bo moja chrześnica obchodziła 2 urodzinki ;-) Temu dzieciątku życzę jak najlepiej, mąż się śmieje, że to ja ją wychowuje więcej niż rodzice mimo, że teraz widuje się z nią rzadziej, ale coś w tym prawdy jest. Na własne oczy można zobaczyć jak to dziecko do mnie lgnie, jak się przytula, po pomoc przyjdzie do mnie, a jak jadę do domu to jest płacz nie do opisania. Dałabym wszystko, by ona była szczęśliwa. A teraz? Teraz wiem, że będzie jeszcze gorzej... ale.. co ja tam wiem.

Ogólnie w pracy dobrze. Jednak gdybym miała zacząć narzekać na mojego zmiennika.. to chyba limit słów by mi się wyczerpał. Nie mam już do niego sił, naprawdę. Jego efektywność pracy jest minimalna no i to ja muszę za niego nadrabiać. A przecież dlaczego ja mam pracować efektywniej,a on zgarniał będzie z tego profity? Chyba dojrzewam do tego, by porozmawiać z szefem na ten temat. Chociaż sama nie wiem czy coś to da. Zresztą szef widzi to, że moje umowy to jest 3/4 z czego jego reszta. Na moje 100 umów on ma 25 i to nie zawsze.. Gdybym pracowała każdego dnia wyrabiałabym normę każdego dnia, a tak? Norma wyrobiona jest tylko wtedy, kiedy ja jestem. On jej jeszcze nigdy nie osiągnął. Denerwujące jest to mocno. Bo wygląda na to, że pracuję sama, a on zbiera plony mojej pracy jedynie. Klienci jak widzą jego wychodzą i pytają kiedy ja jestem.. Kiedyś może to by mnie cieszyło, ale teraz męczy, że on nie potrafi zatroszczyć się o klienta. Że od niego uciekają.

A teraz idę pracować, dwa dni nadrabiania za nim.. przede mną! ;-) Żyć nie umierać, po prostu ;)

6 września 2015

Papierowa ;-)

Niesamowite! Dziś mija rok od Naszego Ślubu. Tak dużo, a zarazem tak mało, bo przecież takich "roków" mnóstwo przed nami!

12 miesięcy temu ten dzień był bardzo słoneczny, od rana był ruch jak w ulu, bo przyjeżdżali goście z innych miast na śniadanie ;-) A ja, dawno nie byłam taka szczęśliwa jak tego dnia! ;-)

Nie, nie było idealnie, ale było po naszemu ;-) i tak jest do dziś. Żyjemy sobie po naszemu, mieszkamy w tym naszym małym mieszkaniu i jesteśmy szczęśliwi, że mamy siebie. Najlepsze co mnie w życiu spotkało to On. Dziękuję Bogu każdego dnia za Niego - Męża. Za jego cierpliwość, zrozumienie, ramiona, którymi mnie otacza i poczucie bezpieczeństwa, które mi daje.

Życzę sobie, by każdy z naszych dni w kolejnym roku było równie mnóstwo zrozumienia, wyrozumiałości, cierpliwości i miłości. Niech każdy nasz rok wspólny będzie rokiem lepszym od tego, który mija - o ile się da :)

Cudownie jest mieć męża, naprawdę. Pewnie zrozumie ten, kto ma, kto czuje się spełniony w małżeństwie, kto tak dobrze trafił i dobrał się jak my ;-)

Dziś spędzam dzień w pracy do 20, ale.. tak czy tak ruszamy uczcić to nasze małe święto na miasto ;-) Chociaż wiem, że będę zmęczona, to znajdę siłę na to, by w jego towarzystwie napić się lampki wina, popatrzeć głęboko w oczy, ruchem ust "narysować" słowa "kocham" "dziękuję" i zjeść najpysznejszy deser lodowy w mieście ;)

1 września 2015

Wakacje u cioci i wujka, czyli dziecko na pokładzie! ;-)

Jak już wcześniej pisałam na weekend, a dokładnie 3 dni mieliśmy mieć chrześnicę. Chciałam jej zrobić mini wakacje, tyle mieliśmy czasu wolnego, który moglismy jej w pełni poświęcić. Wykorzystaliśmy go myślę w 100%!

Pierwszego dnia, gdy zajechałam na miejsce i chciałam z samochodu wyjść, chrześnica do mnie przyleciała, wyskrobała się nieudolnie na kolana i chciała jechać już do nas! Haha! To mnie zaskoczyła, nie powiem, że nie, bo nie ukrywam, że nie wiedziałam czego się spodziewać ;-) Jednak poszliśmy do domu, posiedzieliśmy chwilę, porozmawialiśmy i przyszedł czas na wyruszenie do nas. Wystarczyło hasło, a dziecko stało gotowe do jazdy, nawet pośpieszało mnie ciągnąć za rękę, gdy się zagadałam i nie wstawałam :P Droga ponad godzinna minęła nam przyjemnie ;-)  w samochodzie siedziała grzecznie, nie marudziła, wstąpiliśmy w drodze do sklepu i później prosto do domu ;-) weszła, rozejrzała się i.. czuła się jak u siebie ;-) Rozgościła się jakby znała idealnie to miejsce, wiedziała co gdzie.
Mąż pojechał jeszcze na 2 godzinki do firmy,a my skorzystaliśmy z tego i wyszliśmy pobawić się na podwórko, poznała oczywiście naszych sasiadów od razu, niektórzy się trochę zdziwili skąd takie duże dziecko u nas, ale ogólnie M. zadowolona była, biegała jakby trawy zielonej nie widziała :D Oczywiście najlepszą zabawą było rzucanie kamyków i tam spędziła większość czasu :D No ale skoro nie trzeba jej nic wiecej? To na siłę nie szukałam jej zajęć :D Zapytana czy idziemy na plac zabaw powiedziała, że nie, a czy idziemy się kąpać odpowiedziała tak ;P  i tam spędziła dobrą godzinę :D Aż pomarszczyły się jej stopki :D:D Była już dość mocno zmęczona, a więc nie szykowałam dla niej już atrakcji na ten dzień, troszke pokolorowaliśmy, poczytaliśmy książeczki i po zabawach  na łóżku i wypiciu mleka padła i spała prawie do 7 rano ;-)
Drugi dzień to taki pełny dzień dla nas. Rano po zjedzeniu śniadania, przygotowaniu się do podróży wybraliśmy się do naszego, małego zoo .. wiejskiego :D Także dziki, daniele, koguty, papugi, pelikany i te sprawy ;-) Największym powodzeniem cieszyły się.. kaczki :D które pływały w stawie, no cóż można i tak ;D Konie, osły to nie dla niej :P Ciotka była bardziej zainteresowana chyba :D

Spędziliśmy tam trochę czasu i postanowiliśmy ruszyć na zaporę, przejść ją całą i na końcu skorzystać z atrakcji dla dzieci. Pierwsze obowiązkowo jakaś pamiątka, padło na torebke - misia. Zadowolona, ale chciała 2 :D No cóż, wolę rozpieszczać stopniowo ;-) Po przejściu zapory - byłam w szoku, że sama na własnych nogach tyle przeszła! czas na nagrodę, czyli plac zabaw, a w nim różne, jeżdżące atrakcje. Niestety dla 2 latki była tylko jedna ;-) ale wyszła z niej baardzo zadowolona, rozczarowana, że już się skończyło, chciała więcej ;-) Pospacerowaliśmy jeszcze, ale w połowie drogi powrotnej się nam zmęczyła i Mąż miał ciężarek do niesienia :D Następnie obiadek kąpiel i ruszyliśmy na podbój placu zabaw. Byliśmy tam prawie do zmroku, dojechać do domu szybko, bo prawie już w foteliku zasypiała ;-) Po kąpieli troszkę ożyła i siły wróciły.. nie na długo, bo ledwo wyszła, dostała mleko i poległa z nim :P

Spała ładnie całą noc i rano przywitała nas szerokim uśmiechem;-) Zadowolona z życia ;-) Zrobiłam śniadanko, zjadła, pobawiliśmy się w domu, później na podwórku z Mężem, a ja w tym czasie na szybko przygotowałam obiad, byśmy mogli wrócić na niego prosto do domu ;-) Jak już i ja się ogarnęłam ruszyliśmy na kiermasz ;-) mnóstwo atrakcji dla dzieci, balony - no cóż, wybrała jeden, a później chciała inne 3 jak nie 5 :P Nie wiedziało dziecko gdzie patrzeć :P Gorąco było to i sił za bardzo nie mieliśmy na bieganie, odpoczywaliśmy, chodziliśmy, bawiliśmy się i w końcu zajechaliśmy jeszcze do galerii, by mogła skorzystać z samochodzików ;P ale jedno jej się nie spodobało, bo szarpnęło, przestraszyła się i zaczęła płakać :D A drugi nie zrobił na niej wrażenia :D Wolała iść do sklepu po picie - no cóż, bywa i tak ;-) Koło południa wróciliśmy na obiad o po jego zjedzeniu .. no co dziecko chciało? Jak to co - prysznic i to dobre pół godzinki tam siedziała ;-) chłodziła się, bo faktycznie na zewnątrz małe piekło ;-) Chwila wygłupów i trzeba było podgrzewać obiad, po nim znów zabawa i powoli musieliśmy się pakować i zbierać nasze dziecko do odwózki ;-) Pożegnała się z rybkami i wyszliśmy, od razu w samochodzie zasnęła (specjalnie nie kładłam ją na drzemkę przedpołudniową) i przespała 1,5 godzinki, obudziła się tuż przed domem.. i gdy zobaczyła mamę to .. się rozpłakała, bo iść do niej nie chciała ;-) 

A w domu wróciła "dawna ona" czyli zdenerwowanie, płacz, nie słuchanie się mamy, jakby nam ktoś podmienił na 3 dni dziecko. Mnóstwo się uśmiechała, ani raz nie zapłakała bez powodu, raz się zdenerwowała, gdy w sklepie wzięła sobie wodę, a zaraz je musiała oddać by Pani skasowała i to był jeden jedyny raz kiedy mogłabym powiedzieć, że jest "niegrzeczna" i robi aferę o nic. Noce całe przesypiała, a w domu budzi się podobno 5-6 razy. Pięknie chodziła za rączkę, zjadła to co dałam do zjedzenia i ile jej wyznaczyłam, a z tym jest problem u jej mamy. Bawiła się, była po prostu nowym, szczęśliwym dzieckiem, jakie widziałam rok temu. Rok, a tyle zmienił. Oczywiście chciała z nami wracac do domu, popłakała się strasznie i ja wiem, że wystarczy jej odrobina zainteresowania, wsłuchanie się w nią. Mówić nie potrafi, ale dogadać się można. 

Ani raz nie zawołała mamy, ani raz taty, a bałam się o to najbardziej własnie, że wezmie ją tęsknota i będzie płakać za rodzicami. A tu się okazało, że wrócić do nich nie chciała. A w sumie się nie dziwię. Przyjechała, wzięli ją na ręce, położyli na łóżko, włączyli bajki i.. koniec radości z powrotu dziecka po 3 dniach.

A u nas w domu znów wszystko posprzątane, książeczka nie leży na stoliku, małe buciki nie czekają w korytarzu, a z łazienki nie słychac pluskania i głośnego śmiechu. Jest pustka i żal, że takie kochane dziecko ma takie nieszczęśliwe dzieciństwo. Dałabym jej gwiazdkę z nieba, całą siebie, by w domu swoim własnym choć przez tydzień uśmiechnęła się tyle razy ile u nas w ciągu jednego dnia. Łudzę się, że coś się zmieni, coś zrozumieją, coś dotrze do nich, ale czy nie wierzę zbyt mocno w kogoś, kto na tą wiare nie zasługuje? Bo miał już swój czas?